Wspomnienia kombatanckie: Open’er (część 1)

Wtajemniczenia dokonują się przez całe życie. Taki już mój los, że te dotyczące moich pasji przychodziły zawsze bardzo późno; pierwszym meczem piłki nożnej, jaki widziałem na żywo, było starcie mojej Legii Warszawa z Bayernem Monachium w 2005 roku, mimo że przy Łazienkowskiej 3 bywałem od małego szkraba, regularnie czytając Naszą Legię, a do tego obserwując z zapałem wyczyny mojego bliskiego kuzyna w osobie byłego kapitana eLki, Czarka Kucharskiego. Nie inaczej sprawy się miały z dużymi festiwalami muzycznymi. W domu oglądałem co ciekawsze koncerty z Glastonbury, Roskilde czy Lollapaloozy, ale nigdy nie przyszło mi na myśl, by wybrać się na choćby bliższy Przystanek Woodstock. Sprawy przybrały niespodziewany obrót dopiero w kwietniu 2010 roku…

Wtedy to właśnie bliska mi osoba wystąpiła z propozycja wybrania się na Open’era do Trójmiasta. Zachęcony ciekawym, urozmaiconym do granic możliwości line-upem (a także smakiem Heinekena) zdecydowałem się ruszyć w podróż mojego życia. Nie obyło się bez zgrzytów – termin wyjazdu, jak się później okazało, kolidował z urodzinami mojego dobrego kumpla, którego z tego miejsca pozdrawiam (wracaj do zdrowia, byku). To, co przeżyłem w ciągu kolejnych kilku dni zrekompensowało mi brak hawajskiej imprezy pod palmami w pięknych zakątkach Lubelszczyzny.

Droga do muzycznych gwiazd wiodła przez całą Polskę. Na trasie czekały na nas atrakcje w postaci wyboi, korków w okolicach Garbowa (klątwa rzucona przez Chyża?) i pewnych smutnych panów, naciągający nas na duże pieniądze – jeden nieoficjalnie, a drugi już całkiem na poważnie całkiem poważnie nadwerężył naszą kabzę. Ostatecznie bogatsi w doświadczenia i biedniejsi o kilka następnych deserów w Sopocie – gdzie mieliśmy nasz „mir domowy” (krótka definicja: dużo pokoi, dużo ludzi w tych pokojach i dużo wątpliwości w każdym z domowników, bo każdy sąsiad był kimś nieznanym) – udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Muszę w tym miejscu dodać, że fani mojej „rozważnej i odpowiedzialnej” jazdy będą niepocieszeni – ani razu nie zasiadłem za kółkiem, co miało swoje zalety – mogłem w spokoju delektować się płytami Myslovitz i przesłuchać je w skupieniu na tylnym siedzeniu srebrnego seata leona.

Stan spoczynku nie trwał zbyt długo; już wieczorem znajdowaliśmy się w Babich Dołach. Byłem lekko przytłoczony tym, co zastałem – wokoło mnie tłoczyli się ludzie z pełnego przekroju pokoleniowego, na brzegach wygumowanej alei prowadzącej do zaadaptowanego lotniska siedzieli bardziej lub mniej obszarpani osobnicy, szukający drobniaków na specjały chmielowe rodem z Biedronki, a zbrojne bandy wyglądających specyficznie uczniaków torowały nam drogę ku wielkiej zieleni, rozciągającej się na całym terenie festiwalowego pola. Jeszcze szybkie przeszukanie, które, jak się okazało dnia następnego, nie było zbytnio szczegółowe, i można zaczynać dzień pierwszy muzycznego turysty w najciekawszym ogrodzie dźwiękologicznym w nadwiślańskim kraju.

Nie wprowadzę Was w błąd mówiąc, że tego dnia oczy wszystkich skierowane były na Pearl Jam – ultralegendę światowej muzyki, przedstawicieli grunge’u w najlepszym, nieco bardziej hard rockowym niż Nirvana, Soundgarden czy Alice in Chains, wydaniu. Także i ja dałem się pochłonąć atmosferze gorączkowego oczekiwania na Veddera i spółkę. Do świata trzeźwych umysłowo mogła mnie przywrócić szybka przebieżka na Scenę Namiotową, by zobaczyć perełkę nie tylko brytyjskiej wokalizy, ale także urody – Ellie Goulding. Niestety w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że słodka blondyneczka odwołała swój występ w Gdyni ze względu na problemy zdrowotne. Skutkowało to tym, że koncert Bena Harpera i RELENTLESS7 przeszedł mi praktycznie koło nosa. Kiedy przestali (wreszcie!) grać, napięcie sięgnęło zenitu. Umiejętność walki na łokcie jest moim atutem w stresowych sytuacjach, więc już po niecałych pięciu minutach znalazłem się bardzo blisko sceny, widząc na telebimie moją ucieszoną mordkę.

pj1

I oto kilka chwil później pojawił się on – jedyny, niepowtarzalny Eddie Vedder, którego muzykę ubóstwiam, odkąd mam z nią świadomy kontakt. W trakcie koncertu raz po raz próbował rozmawiać z wysokości sceny (a dla mnie bardziej ambony, jako pielgrzym najlepszego rockowego grania) po naszym języku, co wychodziło mu całkiem dobrze.  Jedno zdanie szczególnie zapadło mi w pamięć: „Nie potrafię mówić po polski, dlatego będę grał„. I grał, ku uciesze wielotysięcznego tłumu.

Nie zabrakło tego, na co najbardziej liczyłem, czyli przynajmniej kilku klasyków z nieśmiertelnego „Ten„. Muszę Wam się zresztą do czegoś przyznać – żaden utwór nie wywołuje we mnie takich emocji, jak „Jeremy„. Pięknie i obrazowo opowiedziana historia pewnego młodego Amerykanina, posuwającego się do ostateczności na oczach rówieśników, to jest właśnie to, czego oczekuję od gitarowego grania. Popularne „wiosło” potrafi oddać nierzadko więcej niż tysiąc słów. W trakcie tego kawałka, po raz pierwszy na Open’erze, pojawiły się na mojej twarzy łzy – nie po raz ostatni, o czym przekonacie się już niebawem.

pj3

Po tak wielkiej dawce pozytywnych emocji liczyłem tylko na gorący prysznic i ciepłe posłanie obok sopockiego molo – dalsze przebywanie na terenie festiwalu nie miało już dla mnie tego dnia większego sensu.  Bilans wyszedł „in plus” – wysłuchałem na żywo moich idoli, mogłem ujrzeć szaloną radość Eddiego z fanami, nad którą nie potrafili zapanować ochroniarze, oraz odczuć na własnej skórze, o co chodzi tym dyletantom, którzy zarzucali wokaliście nadmierne spożycie alkoholu na scenie. Srogo się mylą – druga Australia (pamiętny występ, w trakcie którego pijany E.V. zapowiadał następny utwór słowami „Następna piosenka to… (długa przerwa) … to piosenka”) nie powinna się powtórzyć, bo heros rocka gustuje teraz na scenie w spożywanym przez moje otoczenie hurtowo Fresco, przyjmując tylko jedną butelkę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Okołomuzycznie, Wspominki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Wspomnienia kombatanckie: Open’er (część 1)

  1. springseil pisze:

    Oczywiście czekam na wzmiankę o moim ukochanym KOC’u, czyli Kings of Konvenience. A to.. za parę lat powinieneś być recenzentem Opener’a w jakimś dobrym pisemku, bardzo ciekawie napisane, dość przyciągająco, ale dla mnie jeszcze nie oddaje atmosfery tego wydarzenia i miejsca, gdzie się odbywało, i ludzi – załącz i to, bitte ;>

  2. chamagolsky pisze:

    Myślisz, że odkryję wszystkie karty od razu?! Będzie o wszystkim, bo ten festiwal to nie tylko muzyka – ten wpis musiał być jednak zdominowany moim psychofaństwem względem Pearl Jamu, bo inaczej się nie dało 😀 A o Kingsach nie będzie wzmianki… o ich koncercie będzie duuuuuuuuuuuuuuuuuuużo napisane, bo mnie zniszczyli rok temu 🙂

  3. springseil pisze:

    Miałam nadzieję tylko na wzmiankę, bo nie byłam pewna czy Cię zniszczyli aż tak, żeby się o nich rozpisywać 😀 ich trzeba kochać, inaczej się nie da ;>

  4. chamagolsky pisze:

    Wiesz, jeśli ktoś odwraca kota ogonem na linii fan-muzyk to warto o tym szerzej napisać 😀

  5. Szpak pisze:

    A gdzie Twoja przygoda z Gazetą Wyborczą?

  6. chamagolsky pisze:

    Hahahahaha 😀 To był dzień drugi! Zastanawiam się, czy ją opisywać – czyż trzeba się samemu biczować? 😀

  7. Szpak pisze:

    Niech to zostanie dla nas 😉

  8. chamagolsky pisze:

    Dobrze 😀 I to się właśnie nazywa elitarność ^^

  9. Tomasz Karkuć aka Karki pisze:

    Dobre, choć jak dla mnie trochę za krótkie. Nawet biorąc pod uwagę, że dzielisz to na części. Z drugiej strony lepiej krócej i konkretniej, niż dłużej i bez sensu – ja na przykład ciągle z tym walczę, gdy próbuję coś nabazgrać.

  10. chamagolsky pisze:

    W planach jeszcze 3 części – jedna na pewno dzisiaj 🙂 O tak, z tym trzeba walczyć – mi w tym pomagają oddzielne części 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s