Wspomnienia kombatanckie: Open’er (część 2)

Siemanko! Co do drugiej części sprawozdania z moich przygód – „miałem napisać to wczoraj, ale piszę dziś” jak Smarki. I chociaż dziś „Nie Jestem W 4MiE” jak Białas (to już chyba alkoholizm?) to spisuję moje wspomnienia, bo mimo wszystko to są moje „Najlepsze dni” jak u Eisa. Zatem, nie przedłużając już, zapraszam do lektury!

W pierwszym wpisie nie wspomniałem praktycznie o tym, jak spędzałem dnie w Trójmieście. Jestem Wam to winien, bowiem zdaję sobie sprawę, że jesteście inteligentni i domyślacie się, iż nie przebywałem tylko i wyłącznie w Babich Dołach z Henrykiem. Otóż każdy mój dzień był bliźniaczo podobny do poprzedniego – jeśli nie przebywałem akurat na plaży, to spacerowałem po Sopocie. Jeśli zaś nie robiłem ani tego, ani tego, to możecie obstawiać w ciemno, że oglądałem piłkarskie mistrzostwa świata w RPA (skądś wziął się przecież ten studniówkowy waka waka dance) i spożywałem przemysłowe ilości trunków złocistych i nie tylko. Oprócz tego zdarzało mi się odsypiać po tak intensywnych dniach, jak ten drugi festiwalu.

Zaczęło się od samej podróży w kierunku lotniska, która wnerwiła mnie do granic moich możliwości. Tak się składa, że organizatorzy Open’era podstawiają specjalne autobusy, dzięki którym dojazd na miejsce ma być rzekomo łatwiejszy. Muszę Wam powiedzieć, że to akurat gówno prawda… Najpierw tłoczysz się w kilometrowych kolejkach pod dworcem głównych w Gdyni, gdzie przy okazji możesz oberwać od kogoś albo też zostać zmuszonym do dorzucenia się na bilet jakiegoś oberwańca do Amsterdamu – ciekawe czemu tam? Jeśli uda Ci się przez to przebrnąć, stajesz przed jednym z kilku pojazdów, do których naganiają Cię smutni panowie z megafonami. W środku skwar, do tego pot i łzy – dobrze, że nie z dodatkiem krwi i pewnej substancji na „S”, jak u Eldogga. Urodzenie się w czepku dużo daje w tym miejscu – Twoje przekonanie, że zostaniesz zalany tanim piwskiem z Biedronki dla ubogich (dobra wiem, że nie było Cię tam) graniczy z pewnością. Pomny wcześniejszej drogi krzyżowej wybrałem wraz z towarzyszami wygodniejszą opcję, a mianowicie dojechanie na miejsce taksówką.

I znowu schody do nieba, bo złapanie w tym węźle jakiegokolwiek taksówmena jest nadludzkim wysiłkiem – tak dla rąk, którymi trzeba nieustannie machać, jak i dla nóg, którym aplikuje się serię szybkich przebieżek w celu złapania auta, które to jeszcze nie gwarantuje nawet odjazdu z tego strasznego kotła, bowiem inni ludzie czatują tu tak samo długo i biegają na taxi-setkę szybciej niż Usain Bolt (ale tylko dlatego, że u niego w wiosce nie ma samochodów <śmiech Gmocha>).

Wyszarpaliśmy kawałek swojego siedzenia w bliżej niezidentyfikowanym do tej pory pojeździe. Jadąc przez nienazwane szlaki komunikacyjne powinienem podziwiać piękno krajobrazu, którego mogłem już nigdy w życiu nie zobaczyć. No właśnie – mogłem, kurwa. Nasz ukochany wybawiciel okazał się podśmiechujkiem ze specjalizacją antysemicką, mającym do tego prosty przekaz na spoconych ustach – Gdynia miastem bez dewiacji. O ile w każdej innej sytuacji bym go zapewne polubił, bo cięte żarciki o pejsach i myjących sobie plecy mężczyznach są moją domeną, o tyle w tym momencie mnie niemiłosiernie wkurwiał paplaniną, odbierając resztki ochoty do kontemplowania nadmorskiej przyrody. A kiedy jeszcze do tego okazało się, że korki uniemożliwiają nam dalszą jazdę, wkurwiać zaczęło mnie wszystko jak Onara na solówce.

Policyjne kłopoty z rozładowaniem napięcia przedopenerowego zafundowały mi marsz na miejsce z drugiej strony, przy czym nadłożyliśmy dobre 2-3 km drogi. Tym razem dałem się porwać urokliwemu klimatowi i odpłynąłem myślami w siną dal.  Z oddali wróciłem po 20 minutach, odnajdując świadomość w okolicach Sceny Namiotowej. Była 20:00, więc koncert Lao Che już był przegrany na starcie. Postanowiłem mimo wszystko zajrzeć na Scenę Główną, by chociaż chwilowo oddać swój czas Szwedom z Mando Diao i wkrótce pożałowałem tej decyzji.

W pierwszym dniu żyłem jakby w inkubatorze – nie ruszałem się bez stryjka i reszty, no może czasami zapuściłem się gdzieś samemu, ale zawsze wracałem w umówione miejsce. Tym razem poniosła mnie jednak ułańska fantazja – Krzysztof ma lat 18, więc Krzysztof będzie sam sobie żaglem i sterem! Mało pomyślne wiatry zagnały mnie aż na dalekie wschodnie rubieże lotniskowej łąki, a mało przemyślny głupek dopiero wtedy uświadomił sobie jedną, cholernie przykrą sprawę – oddał swojej siostrze komórkę i teraz nie ma się nawet jak skontaktować z grupą. Do tego koncert dobiegł już końca, a rodziny nie widać. I weź tu szukaj 5 osób w gąszczu kilku tysięcy…

W międzyczasie zdążyłem obejrzeć cały występ Grace Jones – nieco zapomnianej gwiazdy lat 70. i 80., która pokazała tak wielką energię mimo swoich ponad 60 lat, że niejeden podlotek mógłby jej zazdrościć sił witalnych. Potem jednak przyszła przykra myśl – co ja zrobię jak się nie znajdziemy? Wracanie samemu bez pieniędzy do Sopotu byłoby skrajną głupotą, a przecież tutaj nocować nie mogłem.

Z czarnymi myślami dotarłem na większą część koncertu Pablopavo i Ludzików, z którego zapamiętam jednak nie samą muzykę, nie atmosferę panującą na i pod sceną, ale kolejną głupią sytuację tego dnia, o której jednak nie napiszę ani słowa – niech cieszą się Ci, którzy słyszeli i mieli zaśmiane. Mi jednak kompletnie nie było do śmiechu – wizja noclegu na dworcu była, wydawałoby się, nieuchronna.

Błąkając się bez celu po lekko zroszonej nocą trawię wpadłem na pomysł genialny w swej pozornej prostocie. Przecież wystarczy tylko poprosić kogoś, żeby dał Ci zadzwonić od siebie z telefonu… I udało się! Pewna miła niewiasta, której imienia nigdy nie poznałem, użyczyła mi swojej komórki. Na nic jednak moje wysiłki – telefon był wyłączony. I wszystko jak krew w piach – jestem w punkcie wyjścia. Nie pozostało mi nic innego jak odbyć kolejną muzyczną przygodę, tym razem z Klaxonsami

Ich koncert na Scenie Namiotowej, przytoczonej już wcześniej, nie wydawał mi się zbytnio interesujący, ba – nie miałem nawet ochoty na niego zawitać. Coś mnie jednak pchało w kierunku ich muzyki za pomocą niewidzialnej ręki. Teraz wiem co to było – intuicja (krzyknął mój żeński pierwiastek). Szwendałem się po namiocie w nadziei, że przypadkiem spotkam towarzyszy – i ich ostatecznie spotkałem. Głupi ma zawsze szczęście!

Razem ze wszystkimi udałem się na koncerciwo Empire of the Sun i jeśli miałbym powiedzieć cokolwiek o nim to wszystko ująłbym w jednym słowie – dziko. Dziko wyglądali członkowie zespołu, poubierani w kolorowe stroje, a do tego umalowani farbą, dziko zachowywali się ludzie, którzy słuchali ich muzyki, raz po raz falując i wydając niezrozumiałe odgłosy. Dziko też czułem się po moich przygodach, których miałem tego dnia co niemiara. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że pora wrócić do miru i wychylić szklaneczkę dobrego piwa na kolację.

I tak minął wieczór i poranek, dzień drugi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspominki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wspomnienia kombatanckie: Open’er (część 2)

  1. S pisze:

    kiedy nowy tekst?

  2. chamagolsky pisze:

    Już są w przygotowaniu, będę na bieżąco publikował 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s