Historia jednego utworu: The Beatles – „Lucy in the Sky with Diamonds”

Są w historii muzyki takie płyty, których wielkości i wkładu dla współczesnego postrzegania tej formy wyrazu artystycznego nie da się przecenić. „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles to jedno z największych wydawnictw, jakie kiedykolwiek ujrzało światło dzienne w XX wieku. Losy tego albumu nieodłącznie związane są z interpretacją pewnego utworu, co do którego fani Czwórki z Liverpoolu mają wątpliwości od wielu dekad.

Ten utwór to oczywiście „Lucy in the Sky with Diamonds„. Inspiracja, mająca swe podłoże w rysunku syna Johna Lennona, czy może jednak piękny opis narkotykowego tripu? Ilu entuzjastów nieśmiertelnego bandu, tyle zdań na ten temat. Oczywiście Lennon odmawiał słuszności drugiej interpretacji, ale to chyba normalne – tak jak branie wszelkiego rodzaju specyfików w szalonych czasach, gdy powstał tekst tej piosenki.

Już pierwsze wersy nie pozostawiają złudzeń. Mandarynkowe drzewa i  marmoladowe nieba są z pewnością odbiciem wrażliwej duszy autora i klasyfikują go jako impresjonistę wśród tekściarzy, ale to nic innego, jak całkowicie odrealniona wizja, wręcz surrealistyczna. Podobnie rzecz ma się z resztą tekstu, w której odnajdziemy jeszcze centaury jedzące cukrowe placki, plastelinowe bagaże i lustrzane krawaty. Co w tym kontekście oznacza wolne odpowiadanie na głos dziewczyny? Przy zażywaniu LSD normalnym jest odrętwienie i szczękościsk. A wierzcie mi, że przy różnych dziwnych stanach elementy fizycznej zapaści bardzo łatwo znajdują swoje odzwierciedlenie w psychodelicznych podróżach.

Psychodelia – to słowo-klucz do interpretacji „LitSwD”. Tak jak w literaturze Młoda Polska miała pewne wyrażenia, tak i lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia je posiadają. Jednym z najważniejszych gatunków muzyki gitarowej był wtedy rock psychodeliczny. Charakteryzował się on często surrealistycznymi tekstami, powstającymi i nawiązującymi do stanu percepcji po zażyciu środków psychoaktywnych. Wbrew pozorom samo LSD nie jest środkiem halucynogennym – zmienia jedynie sposób postrzegania rzeczywistości. „Sierżant” jest zaliczany do najważniejszych i najlepszych albumów tej odmiany rocka.

Naiwna jest wiara w to, że Johna mogła zainspirować niejaka Lucy O’Donnell, koleżanka jego syna z przedszkola. Trudno o bardziej naciąganą teorię. Nie wydaje się Wam dziwne, że dorosły facet piszę utwór o trzyletniej dziewczynce, w dodatku w tak dziwaczny sposób opisując rzeczywistość? To się nie trzyma kupy – i nigdy się tak naprawdę nie trzymało. No i te wyróżnione wielką literą trzy znaki… Przypadek?

Mam nadzieję, że naświetliłem sytuację tym, których fascynują (podobnie jak mnie) takie zagwozdki. Wiedzcie jednak, że jeśli nawet ten utwór dotyczy LSD, to pokazuje ogromny kunszt całego kwartetu. A jeśli nadal nie dowierzasz w mój odbiór, to potrząśnij na boki głową, oglądając obrazek. To prawdziwa psychodela!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Felietony i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Historia jednego utworu: The Beatles – „Lucy in the Sky with Diamonds”

  1. sZPk pisze:

    Lubię te twoje rozkminy i ciekawostki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s