Muzyczna sobota

Moja sobota miała wyglądać inaczej niż poprzednie dni wakacyjne, gdyż postanowiłem się wybrać do malowniczo położonej miejscowości o nazwie Zagrody. Celem mojej podróży, oprócz zostania Nakurw Kingiem, było pójście na festyn z okazji dnia szkoły w Przybysławicach. Dlaczego wybrałem akurat to miejsce, gdy mam wokoło siebie masę jezior? Ano dlatego, że właśnie tam swój koncert miała dać grupa VOX. Przyznaję się bez bicia, że nie jestem entuzjastą tego skądinąd znanego tworu, ale z czystej ciekawości wybrałem się po obcować z ich muzyką przy kiełbasce i piwku. I wiecie co?

Kiełbaski nie uświadczyłem. Pewnie dlatego, że jestem sknerą, który nie da za nią więcej niż dwa złote. To może chociaż piwko? Przed imprezą – tak, w trakcie – skądże znowu. Masa dzieciaczków z podstawówki i gimbazy skutecznie wybiła mi z głowy pomysł ze spożywaniem alkoholu na terenie placówki oświatowej. Po takim afroncie tylko koncert mógł uratować jako tako dzień. Występ był przewidziany na godzinę 16. Siedzę i czekam – już 16:30. 16:45 – ani widu, ani słychu, 17:00 – what’s going on?, 17:15 – gdzie oni, kurwa, są?! Nareszcie, o 17:30, dotarli na scenę i zaczęli grać. Nie mam pewności, ale musiało być mocno wypite, by zespół miał taką obsuwę. No cóż, rockandrollowy styl życia w polskim piekiełku. Ciekawe tylko, jak on wyglądał akurat tam? Co, Koło Gospodyń Wiejskich trzaskało im laski? A może piło się z księdzem z pobliskiej parafii, zahaczając o kakaowy song? To drugie jest zresztą baaaaaaaaaardzo prawdopodobne.

Mówiąc o graniu, posunąłem się do przesady – tam nie było chyba żadnego muzyka. Publiczność nie została porwana, gdyż: było gorąco, ludzie nie mieli siły klaskać, a uczucie znużenia spowodowane oczekiwaniem stało się wśród gawiedzi nagminne. Wytrzymałem zresztą tylko do trzeciego utworu, czyli „Bananowego songu„, po czym odszedłem do pobliskiego domu, celem posilenia się i przygotowania do powrotu na łono Lublina.

W nim to odbyła się sławna już Noc Kultury. Wydarzeń ciekawych i pożytecznych było w nadmiarze, ale jak to zwykle bywa, ludzie prości – do których należę – nie przepuszczą takiej okazji i będą delektować się wyrobami Browarów Lubelskich (a dokładniej Perłą Niepasteryzowaną i Trybunalskim Miodowym) wśród urokliwych kamienic naszego starego miasta. Zanim jednak oddałem się radośnie w objęcia chmielowych specjałów, zdążyłem odbyć lot do Miejskiej Biblioteki Publicznej na Rynku.

To tam wysłuchałem koncertu trójki młodych artystów z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Nosił on tytuł „Biblioteka Ballad” i był ukojeniem dla mojej zmęczonej głowy. Obie dziewczyny, czyli Natalia Wilk i Ela Kalinowska zaprezentowały się bardzo fajnie, poruszając zgromadzoną publikę w liczbie osób około 20-30. Najciekawszy był jednak występ ich kolegi, którego imienia w tym momencie nie potrafię sobie przypomnieć (mam zjazd jak na nowej płycie Braha). To, co zrobił, utkwi mi w pamięci na długie tygodnie. Naturalnością, charyzmą i świeżością urzekł zapewne nie tylko mnie. Miał  utrudnione zadanie – przybył prosto z pociągu, a na dodatek do całkiem schludnego ubrania założył… trampki. Pomyślałem sobie – hipster, jest już u mnie spalony. Dlatego ogromny szacun za odmienienie mojej opinii.

Tym miłym akcentem kończę wpis. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca, a jeśli nie, to nic się nie stało – nie wy pierwsi i nieostatni. Idę zrobić sobie coś od bólu głowy. Może 2KC? W sumie pasuje, bo mam ich dwa – jeden to rozłupana piwskiem bania, a drugim jest całus na dobranoc dla mojej dziewczyny. Pis jou!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspominki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s