Subiektywnik Kosakowski 2: wcale nie Pogodno

To jest to, co nazywam wejściem z buta, czyli druga część moich opowieści z Open’era. Tym razem będzie bardzo mało o muzyce, a więcej o samej imprezowej atmosferze. Dlaczego? Sami się zaraz dowiecie.

[Też Was trochę kocham, ale wiecie – jestem rapowym blogerem, więc no homo!]

Zameldowałem się na Kosakowie już kilka chwil przed godziną osiemnastą, więc teoretycznie wszystkie ważne koncerty stały przede mną otworem. Uradowany tym faktem popędziłem ile sił w nogach pod scenę główną, gdyż to na niej mieli się zaprezentować muzycy grupy Pogodno. Na moje nieszczęście, ochroniarskie pyranie bramkowe przedłużało się w nieskończoność i pierwsze dziesięć minut występu miałem już z głowy. Z tego też powodu do tej pory nie wiem, dlaczego nie rozbrzmiały sztandarowe nagrania takie jak „Pani w Obuwniczym„, „Orkiestra” (te pieśni podnosiła nawet starsza część moich towarzyszy w Sopocie) czy „Spierdalacz„. Wpłynęło to na pewno na odbiór koncertu wśród mniej osłuchanych z twórczością zespołu, ale nie tylko. Mnie także nie było to na rękę, ale zacisnąłem zęby pomimo deszczu i wytrwałem do samego końca. Przeczytałem już sporo opinii na temat chamstwa w stosunku do publiczności – ja go nie zauważyłem. Co prawda scenowe poczucie humoru mogło niektórych odrzucać (całkiem słusznie – nie jest ono przeznaczone dla każdego), ale improwizacja i jakikolwiek kontakt z publiką jest zawsze godny pochwały; przecież gdybym chciał usłyszeć same utwory, zagrane tak jak na płytach, nie wychodziłbym w tak złą pogodę. Zamiast tego siedziałbym sobie ze szklaneczką danielowego Jacka, której nie posiadam, przy kominku, którego nie mam, i delektował się dźwiękami z cedeczka, albo też YouTube’a – bo płyt także nie posiadam. A zresztą – za opowiedzenie dowcipu, który na skecz przerobiony został kiedyś w programie Manna i Materny szacun. Ode mnie trójeczka, głównie przez to, że grania było prawie tyle samo, ile gadania.

[Żołwik!]

To by było na tyle z moich koncertowych doświadczeń tego dnia. Szybki telefon od towarzyszy zasiadających już w loży piwnej i koncert Moniki Brodki poszedł się jebać przejść gdzieś daleko, w rezultacie już nie wracając. Trochę szkoda, ale Monia, tak czy siak, grała przy polskiej Katrinie, co rozwaliło jej występ przy samym finiszu.

Wracając do piwa – takiego młyna dawno nie widziałem. Przy jednym stoliku, w różnych porach, znajdowali się: Litwini (niekumaci do tego stopnia, że ich jedyna dziołcha na każde moje słowo uśmiechała się zalotnie, nie odpowiadając; wydaje mi się, że oni nas naprawdę muszą mocno nie lubić, skoro mimo usilnych próśb w kilku językach się do nas nie dosiedli), ludzie z kilku stron Polski (skądinąd bardzo mili; dzięki za dobry czas i piwo, które nigdy się nie kończy), faceci z Lublina i okolic, którzy wyemigrowali do Anglii (dawno nie usłyszałem tylu mądrych zdań na temat naszej policji i ustawek w rodzinnym mieście – strach się bać!)… Przewinęli się nawet dziennikarze z jakiejś gazety, całkowicie oderwani od festiwalowej rzeczywistości. Specjalne miejsce chcę poświęcić czwórce (trójce? piątce?) dziewczyn, które siedziały z nami dzielnie przy stoliku, paląc fajury i pijąc złociste trunki. Na moje oko miały po czternaście, piętnaście, góra szesnaście lat, one dawały mi dwadzieścia cztery (beka jak stąd do Gdyni). Nie wspomniałbym o nich więcej niż o Litwinach, ale jedna z nich wyglądała jak młoda Scarlett Johansson! I nie, to nie jest pijacka obserwacja.

[DŻA RASTAFARAJ – The Wailers chujowe, Kamil Bednarek najlepszy ; *]

Zostałem już w swoim życiu nazwany przez dziewczyny chamem czy coś (kto by je słuchał? Chyba że chodzi o „co zrobić Ci na kolację, kotku?”), ale teraz mogę to oficjalnie zdementować – jestem szarmanckim młodym człowiekiem! Pewna niewiasta zaczepiła mnie, gdy byłem już po 7-8 piwie i poprosiła, bym dał jej swoje poncho przeciwdeszczowe. Odpowiedziałem: spierdalaj dam Ci, jeśli się ładnie uśmiechniesz i powiesz mi, jak masz na imię. Po dwóch minutach wiedziałem, że gadam z Pauliną z Warszawy, tegoroczną maturzystką, która wybiera się bodajże na medycynę. Gdybym mniej pił moglibyśmy się pewnie pobawić w doktora, ale tego już niestety nie sprawdzę.

Gdzieś tam w tle przeleciało mi Pulp i Foals. Być może uda mi się ściągnąć w osobie gościa-komentatora na bloga kogoś, kto przybliży Wam koncerty tych, jak i innych grup, ale pewności nie mam. Będę walczył, trzymajcie kciuki i czekajcie na ostatnią, trzecią część Subiektywnika.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Okołomuzycznie, Wspominki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Subiektywnik Kosakowski 2: wcale nie Pogodno

  1. Kociol pisze:

    Krzyś, jak Ty się kurwa wyrażasz?

  2. Krzyś, ja tak się kurwa wyrażam na codzień 😀

  3. Seba pisze:

    Krzyś ja szczerze watpie czy ta zabawa w dotkora by sie odbyla bez przeszkod, chyba ze stwierdizlaby CVi smiertelne stezenie alkoholu w organizmie. Krzysztofie… miej sie na bacznosci piszesz o 7-8 piwie i 14-latkach… sprawdz legitke nim poplyniesz ;d Zarcik oczywiascie wszyscy wiemy ze ejstes juz dorosly i rozwazny

  4. Hahahaha, oczywiście, że wiecie – jestem symbolem przezorności i opanowania, co można było zauważyć choćby w grudniu poprzedniego roku na imprezie… „I ciągnie się do dziś, a nie mamy siedmiu żyć” 😀 To stężenie zabiłoby konia, a co dopiero dziecinkę taką…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s