Subiektywnik Kosakowski 3: jeszcze jeden koncert i wypierdalam stąd jak Proceente

Trzeci dzień był pierwszym, w którym obudziłem się z kacem. Przykra sprawa – głowa mi się popsuła przez matury (grunt, że je rozjebałem na sto pro – dosłownie i w przenośni), więc naturalną decyzją było zaniechanie spożywania trunków i skupienie się na czymś innym. Po co ja w ogóle byłem w Gdyni? Ano tak, przecież przyjechałem tu na koncerty!

I to nie byle jakie koncerty. Na dobry początek festiwalu – Coldplay, który przerósł moje oczekiwania i pomógł odnowić zajawkę na gitarowe, i nie tylko, granie (co zresztą widać ostatnio po moim blogu – obiecuję jednak, że od jutra znowu rapowe teksty), potem kilka ciekawszych wydarzeń scenowych, a na koniec creme de la creme wszelakich widowisk, jakie można zobaczyć w swoim życiu, czyli występ księcia popu, Prince’a.

[Takie tam, z Tomaszem Iwanem – byłym reprezentantem Polski w piłkę nożną]

Wyjdę teraz na większego dyletanta niż wtedy, gdy skrytykowałem hołdującą złotej erze płytę Wigora i Trojaka, ale książę WCALE mnie nie porwał. Ile zachwytów padło w polskich dziennikach, radiach i komentarzach sam Bóg jeden tylko wie – mówiono m.in. że publiczność bawiła się iście szampańsko, że był to jeden z najważniejszych (tu się zgadzam) i najlepszych (WTF?!) koncertów po roku 89, a może i w całej historii naszego pięknego kraju. Przepraszam bardzo – poprzedni Open’er, występ Pearl Jam. Niebo i ziemia, woda i ogień, gdzie Rzym, gdzie Krym i tak dalej. Oczywiście jestem ultrasubiektywny w tym momencie, bo jaram się grunge’em i ekipą Veddera, ale fakty są takie, że poza samym show, które było niesamowite momentami, nic więcej nie zostało nam zaoferowane. Słabe początkowo nagłośnienie i całkowicie niezsynchronizowany z żadną scenową postacią playback, który wyglądał przekomicznie, śmiesznie to ma być coś, co może zachęcić do pozostania w okolicach sceny głównej? Dla mnie nie, przez co nie wytrwałem nawet do mojego ukochanego Purple Rain. W aucie skwitowałem egzaltację reportera Trójki uśmieszkiem.

[Łuuuuuuuuna bije od Goorala i spółki]

Nie żałuję mojej decyzji, ponieważ już oddali było słychać jedną rzecz – dudniące jak szalone basy. Purystów dźwiękowych wkurwiły zapewne niemożebnie, a mnie zachęciły do podążenia na World Stage. Tam już swoje pięć minut miał Gooral – trochę góral, ale bardziej chłopak z Bielska-Białej, czerpiący pełnymi garściami z Tatr i mocy elektroniki, wspierany przez m.in. Wiosnę (bardzo przyjazna ksywka!). Wystarczyło kilka chwil, bym zaczął przy jego muzyce skakać jak szalony w rytm tych góralsko brzmiących szlagierów. Nie tylko ja – wszyscy tak robili i był to widok bardzo zaskakujący dla postronnych. Nie zabrakło niczego – było coś z atmosfery rapsowego gigu z machaniem łapami, kilka par tańczyło wolno, a inni podskakiwali w takt muzyki. Czegoś takiego jeszcze, przyznam się szczerze, nie widziałem i pewnie długo nie zobaczę. Grunt, że ten koncert zainteresował mnie twórczością artysty i dał dużego kopa do sprawdzenia dyskografii. Jest ona niezbyt pokaźna, więc postaram się Wam ją zaprezentować już niedługo – bądźcie cierpliwi. A jeśli już naprawdę nie możecie wytrzymać, to wpiszcie sobie hasło „Karczmareczka” na YouTube. I hope you’ll enjoy it (dałem Wam link, bo i tak byście nie wpisali). Dla mnie był to najlepszy koncert tego dnia, i to bezapelacyjnie – taka dawka energii, że mógłbym nie spać przez kilka dni.

Nie spałem jednak tylko jakieś kolejne jedenaście godzin, bo musiałem jakoś wrócić z festiwalu – obowiązki, nie moje zresztą, nas goniły. Przejechałem się z Torunia do okolic Warszawy, a wcześniej pośmigałem po autostradzie. Nie jest z tymi drogami jednak aż tak źle, jak się mówi. Co tam, że dziury wszędzie, ekspresówki są koszmarem, a reszta jest kanciasta. Myślę, że jakoś dojedziemy na EURO 2012, no i kolejnego Open’era – już za rok!

[Tribute dla Krzysztofa Klenczona]

Plusy, czyli z imprezy okoliczne bzdury:

+ Poznanie wszystkich możliwych barmanek, napojek, kebabistek i hostess świata.
+ Stanie za najfajniejszą dziewczyną na tym festiwalu na koncercie Goorala – blond piękność, ruszająca się jak anioł i tak samo rzucająca wzrokiem.

Minusy, czyli co sprawiało, że wkurwiałem się jak Małolat:

Owa blond piękność była z facetem, który ostentacyjnie klepał ją po tyłku 😦
Nie wygrałem nawet złotówki w darmowych zdrapkach Lotto, pomimo usilnych starań mojej ulubionej hostessy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Okołomuzycznie, Wspominki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Subiektywnik Kosakowski 3: jeszcze jeden koncert i wypierdalam stąd jak Proceente

  1. Seba pisze:

    Te zdrapki to teraz fala hazardu…

  2. Echhh… popadłem w hazard, pora przejebać całą kasę i się z tego wyleczyć 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s