Muzyczna akcja chrystianizacyjna

W dwudziestym pierwszym wieku laicyzacja postępuję w tak szybkim tempie, że niekiedy przyznanie się do częstego odwiedzania jakiegokolwiek kościoła może wiązać się z przykrymi reperkusjami w postaci wyszydzania i tym podobnych zabiegów. W tej sytuacji walka o nowego parafianina jest szczególnie trudna, tym bardziej że nowych członków najlepiej szukać wśród młodych ludzi – raz, że zapewniają jako taką ciągłość idei, a dwa, że to oni są przyszłością każdej wspólnoty. Czym więc przyciągnąć religijny narybek? Sposób na to znaleziono w naszym kraju już kilkadziesiąt lat temu.

Żeby przyciągnąć „rekruta” w wieku nastoletnim, trzeba umieć do niego trafić. A jak zrobić to lepiej, jeśli nie przez muzykę? W latach 60 poprzedniego stulecia na polskich nastolatków wpływały najlepiej kompozycje tzw. big beatu, czyli tak naprawdę rocka, ale nazywanego tak, by peerelowska cenzura nie miała obiekcji (deprawacja zdrowego organizmu ludu pracującego). Oczywistym wydawał się więc mariaż tego gatunku z Kościołem Katolickim.

Był on jednak oczywisty tylko w obrębie walki o wiernego. Połączenie specyficznie brzmiących pieśni kościelnych z prostą melodyką i przebojowością bigbeatowych utworów wydaje się dzisiaj dość łatwym zabiegiem, gdyż muzyka rockowa za sprawą „cudownie nawróconych” (celowy cudzysłów) na dobre przekroczyła grube mury świątyń. Ostatecznie jednak 53 lata temu udało się położyć fundamenty pod projekty takie jak 2Tm2,3, a sukces dość ryzykownego przedsięwzięcia okazał się piorunujący.

Piorunujący do tego stopnia, że na premierze mszy beatowej „Pan przyjacielem moim”, która odbyła się 14 stycznia 1968 roku, pojawiły się tłumy ludzi głodnych nie tylko duchowego odnowienia Kościoła, ale także samej liturgii. W 1965 Sobór Watykański II zrezygnował z tzw. mszy trydenckiej, która odbywała się po łacinie i dał kapłanom wolną rękę w kwestiach językowych. Paradoksalnie ta zmiana spodobała się władzom komunistycznym – świeże pomysły postępowych Polaków mogły gryźć się z wizją katolickich konserwatystów, a walka pomiędzy różnymi grupami interesów była wodą na młyn dla władz PRL. W końcu naród, w którym nie ma jedności, łatwiej jest kontrolować; wystarczy tylko się przyglądać, no i podesłać kilku dywersantów w największy młyn, żeby podjudzali jednych przeciwko drugim. Tak się jednak nie stało.

Duża w tym zasługa formacji o nazwie Trapiści, która pomimo tego, że nie była odpowiedzialna za zarejestrowaną na krążku sferę muzyczną (należała do Czerwono-Czarnych, czyli kolejnego zespołu Franciszka Walickiego), to wbudowała kamień węgielny pod całe zamieszanie. To członkowie tego projektu namówili ks. Leona Kantorskiego z Podkowy Leśnej, by napisał do Katarzyny Gärtner w celu namówienia jej do napisania kilku utworów na ową mszę. Gdy się już zgodziła, z pomocą przyszedł jej m.in. Kazimierz Grześkowiak, którzy dopisał kilka tekstów na tę okoliczność. A później był już splendor w postaci prezentacji u prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego, w Berlinie i Dortmundzie. Tam występowali wspomniani już wcześniej Trapiści, którzy w obecnym czasie starają się integrować za pomocą własnego związku, scalającego dziesiątki postaci, które przewinęły się przez szeregi pierwszych polskich prokatolickich rockmanów.

Jako dumny posiadacz jednego ze starych winylowych wydań „PPM” stwierdzam, że w obecnych czasach taka zagrywka nie zdałaby się na wiele. 2011 to nie 1968 – czas, gdy ludzie byli dużo bardziej pobożni oraz chłonęli żywe bigbeatowe piosenki. Szansę widziałbym za to w rapowanych partiach mszy. Wiecie dlaczego? Kiedyś powiedziałem w żartach, że nie uczęszczam do kościoła, gdyż nie ma tam podwójnych w tekstach – i żartu nie zmieniam.

(zdjęcia: obiektyw.info i własne)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Muzyczna akcja chrystianizacyjna

  1. Klaudiusz pisze:

    Mi się zdecydowanie bardziej podobają msze z udziałem chóru gospel i śpiewem wszystkich, absolutnie wszystkich. Jest żywo, żadnych smętów w tekstach, i jakoś tak.. kolorowo nawet jeśli wszyscy przyszliby ubrani na czarno? A u nas… Nie wiem, czy należy tu oceniać Kościół czy ludzi czy kogo lub cokolwiek. Ale jest drętwo. I tu nie chodzi już nawet o to czy człowiek jest wierzący czy nie. Brak jakichś chwytliwych elementów nie utrzyma młodego człowieka w świątyni dłuższy czas, taka prawda. Może jakby wsadzić słowa Pisma Świętego w inną oprawę to ktoś by się skusił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s