Płyta tygodnia: Jimson „Gorączka w Parku Igieł” (2008)

Według opinii najbardziej zagorzałych słuchaczy Jimsona odbiór tego arcydziełka jest zdecydowanie najlepszy w czasie spaceru ciemną nocą przez nieco zapomniane ulice dużego miasta. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam – nie miałem jeszcze przyjemności sprawdzać „Gorączki” w trakcie takich eskapad. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że właśnie teraz jest dobra okazja, by ponownie zaprezentować tę płytę. Dlaczego?

Nagrałem sześć zwrotek w ubiegłym tygodniu na bitach trzech ulubionych beatmakerów. We wrześniu coś się ukaże. Not dead yet – wystarczyły trzy bardzo ogólne zdania, by wywołać prawdziwą lawinę komentarzy. Nagle wiele osób zapragnęło mieć reedycję „GWPI” w swojej kolekcji płytowej, kilka wskrzesiło ducha beefu z VNM’em, ale wszyscy byli zgodni jak jeden mąż  – nie wypada nie czekać na kolejny projekt „pierwszego podziemnego rapera, co ma flow, technikę i głos”. Dlatego zamiast dywagować, co wyjdzie, kto będzie na bitach i poruszać tego typu kwestie, lepiej przypomnijmy sobie żelazny klasyk, którego nie wypada nie znać.

Klasyk nie bez kilku rys, które rzucają się oczy niepodchodzącym bezrefleksyjnie do twórczości Słupczanina. Po pierwsze – pancz na panczu, zaczepka na zaczepce, diss na dissie. – Zajebiście wyprodukowana płyta, fajny koncept, trzyma klimat. Tylko o co chodzi z tym ruchaniem w dupę tego i tamtego, spuszczaniem sie na mordę, pieprzeniem, pierdoleniem i ruchaniem w dupę znowu? – pytał Ras kilka dni po premierze krążka. Takie pytania stawiali też szeregowi słuchacze, których to – lekko mówiąc – nieco degustowało. Odpowiedź jest prosta. Mamy tu do czynienia ze skutkami tzw. „syndromu zaszczucia”. Można zaryzykować, że nie byłoby go, gdyby nie fakt, że trzy podziemne gwiazdy nagrały ten oto kawałek:

Smark, VNM, WudoE – prawdziwie śmiertelna kombinacja, która w sposób nieoczywisty ładowała w tym tracku w Jimiego, ile wlezie. Co się dzieje, gdy kilku ulubionych raperów polskiego undergroundu sprzysięgnie się przeciw jednostce, by ją pognębić? Jednostka zareaguje na swój własny sposób, broniąc się przy tym zażarcie przeciw atakom. A co, jeśli założony wcześniej koncept pozwoli bronić się skutecznej i zręczniej? No właśnie.

Słowo „koncept” jest kluczem do zrozumienia całej „Gorączki”, ale nie tylko. To ono naprowadza na drugą rysę, która dla całych tabunów słuchaczy wcale nią nie jest. Mowa o małej ilości rapowych tracków, a dużej przeróżnych filmowych skitów. Że gospodarz niknie pomiędzy kolejnymi zajawkami, że pozapraszał za dużo gości w stosunku do kawałków. Łatwo jednak obalić te stereotypy. Maciek podporządkował formę krążka inspiracjom kinematograficznym, wśród których wybija się oddanie hołdu „Urodzonym mordercom” Olivera Stone’a. Jako że nie jestem fanatykiem Filmweba (czyli także żaden ze mnie ekspert od spraw filmowych), przytoczę tylko króciutki opis tego dzieła z Wikipedii:

Mickey (Woody Harrelson) i Mallory (Juliette Lewis) Knox są parą kochanków. Podróżują przez Stany Zjednoczone drogą nr 666, dokonując brutalnych morderstw na przypadkowo spotkanych, niewinnych ludziach. Zostawiają zawsze jednego żywego świadka, aby opowiedział o tym, co zobaczył. Media śledzą i relacjonują ich dokonania. Mickey i Malory stają się bohaterami i idolami nowej generacji.

Brzmi znajomo, nieprawdaż? To na koniec jeszcze jedna malutka ryska, czyli śpiew RDi. Miało wyjść nietypowo i ciekawie, wyszło dziwacznie i  przy zapętleniu – irytująco. Na pociechę mamy jednak warstwę liryczną, która kończy EP za pomocą subtelnego i zwiewnego wynurzenia. Piszę o klasyku, więc poświęcę jeszcze chwilę na to, by powiedzieć, czemu ochrzczono go takim tytułem. Przede wszystkim pomysł i wykonanie – na najwyższym poziomie. Do tego bity, w większości stworzone przez Bob Aira, które idealnie wpisują się w nieco mroczny i psychodeliczny klimat. No i rzecz najważniejsza – osoba samego Jimsona, którego hipnotyzujący głos współgra z muzycznymi pomysłami producentów. Magia, magia i jeszcze raz magia – miłego słuchania.

(Zdjęcia: konczu.wordpress.com i discogs.com)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły, Recenzje i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Płyta tygodnia: Jimson „Gorączka w Parku Igieł” (2008)

  1. Lite pisze:

    „Urodzeni mordercy” – zajebisty film. Gorąco polecam.

  2. Rru pisze:

    to czemu ochrzczono go takim tytułem? ;d

  3. Rru: gratuluję, napisałeś 300 komentarz na moim blogu 😀

  4. Rru pisze:

    Haha, cieszę się niezmiernie! Ale po 1. jestem kobietą ;d, a po drugie wciąż nie wiem skąd tytuł „Gorączka w parku igieł” :<

  5. Oj, przepraszam za tę pomyłkę 🙂

    A więc: tytuł to po prostu przetłumaczony tytuł filmu o zbliżonej tematyce do filmu Stone’a – „Panic in a Needle Park”. A czemu Jimson wybrał akurat ten? Cytat z jednego z wywiadów: ” Pierwszy raz użyłem sformułowania „gorączka w parku igieł” już w 2001 roku w numerze „Zróbcie miejsce”, a potem zawsze chciałem tak nazwać albo kawałek, a potem płytę. Ten tytuł pasuje do mojego sposobu bycia. Interpretację pozostawiam innym. Są rzeczy, które się czuje jak pierwszą miłość. Siedzi to w tobie głęboko i nie potrafisz tego przełożyć na słowa, a gdy już znajdziesz słowa, to nie wiesz nawet jak do tego doszedłeś. Tak powstaje generalnie to co robię i tak powstają tytuły”. Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłem 😉

  6. Rru pisze:

    Pewnie, że pomogłeś ;D Dzięki wielkie.

    PS imponująca znajomość tematu ;]

  7. Nie ma za co 🙂 A tam, nie przeceniajmy – dobry risercz i jazda 😀

  8. laskos pisze:

    Pomoże ktoś i odpowie na pytanie z jakiego jest podkład w Texas interlude? Genialny

  9. laskos pisze:

    Jakiego filmu*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s