Tres Delinquentes, czyli nietypowo na koniec roku

Jako rapowi blogerzy nienawidzimy sztampowości i miałkości. Nie ma chyba dla nas nic gorszego niż napisanie tekstu, który będzie przewidywalny od początku do końca, a czytelnik powie po lekturze: – Oooo, prawie taki sam tekst czytałem na portalu <tu wstaw nazwę>. Sam nazwałbym nas nowoczesnymi konceptualistami, których styl trudno przełożyć na jakikolwiek portal (co pokazują komentarze po blogerskich felietonach na Popkillerze). Dlatego dzisiaj znowu uderzamy inaczej. Ciekawiej. Być może zabawniej. Przed Wami jedyna w swoim rodzaju synteza tego, co podobało nam się w muzyce w mijającym roku, której autorami są Nowak, Karola i nasz gość specjalny – Marcin „eNoiDe” Półtorak. Zapraszamy do lektury!

Nowak, czyli porównanie do rapowych blogów:

Jimson „Ucieczka z wesołego miasteczka” jak BARTKOS: 2011 rok był czasem wielkich powrotów zarówno w rapie, jak i blogosferze z nim związanej. Nie będzie dużym nietaktem stwierdzenie, że Bartkos jest jednym z królów rapowej blogerki (i to bynajmniej nie samozwańczych). Oba comebacki pokazały jednak, że zawsze potrzeba czasu, by powrócić do dobrej formy i poziomu z najlepszego okresu. Nie mam żadnych wątpliwości, że zarówno jeden, jak i drugi jest do tego zdolny, a nawet – predestynowany.

Projekt Nasłuch „Nieznani Sprawcy” jak JOSE: Mateusz prowadzi naprawdę nietypowego bloga. Obok artykułów, wspominek i recenzji możemy odnaleźć u niego relacje z pielgrzymek oraz linki do takich portali jak Fronda, Konserwatyzm.pl czy też bloga… Szymona Hołowni. W dzisiejszych czasach się to bardzo chwali – każdy, kto nie jest lemingiem ślepo wierzącym w zbawczą moc obecnego Premiera RP i nie wypiera się swojej wiary/zasad moralnych, zasługuje na ogromny szacunek. Jose jest w swoim trwaniu podobny do PN – facetów, którzy łączą typowy rap z ulicznym sznytem i kultywowaniem jasnych zasad. To cieszy, w końcu dzięki temu mamy jednego dobrego człowieka więcej na globie.

Zeus „Zeus, jak mogłeś?” jak ENOIDE: Marcin zwany Noidem (zapewne od tego śmiesznego stworka z Simpsonów) to prawdziwy wariat. A to robi utwory, w których dziewczyny klaszczą jak u Rubika, a za dźwięki bazowe robią spadające książki i niezidentyfikowane stuki-puki, to znów wymyśla trip po całej Polsce w celu napicia się z każdym z blogerów (a jak widać po moim przykładzie – oni nie piją) – długo można by tak wymieniać. Warto skupić się jednak na tym, że eNoiDe to prawdziwy pasjonat muzyki, dla którego gatunki nie mają znaczenia. Z tego też powodu stawiam piątaka, że za kilka miesięcy napisze coś o węgierskim śpiewie kobiet brzemiennych. Najważniejsze jednak, że nie złamie go żaden hejt, bo dobrze wie, co robi.

Bonson/Matek „Historia po pewnej historii” jak LITOSLAV: Maciek, choć bardzo sympatyczny, ma w sobie sporo z muzycznego malkontenta – a przynajmniej tak powiedziałby ktoś postronny, kto go nie zna. Trudno jest go zadowolić, toteż płyty, które ma przyjemność recenzować, rzadko otrzymują oceny jednoznacznie zachęcające do sprawdzenia danego krążka. Nie można mu jednak odebrać tego, że jest koneserem wszystkiego, co prawdziwie dobre, więc nigdy nie zadowala się półmuzyką, półrapem czy półśrodkami. A to, że potrafi skrytykować nawet Kazika Staszewskiego, za którym przepada, jest dla niego najlepszą możliwą rekomendacją.

Rasmentalism „Hotel Trzygwiazdkowy” jak KRUK: Kojarzycie jeszcze wers „pamiętam wszystko, co wyszło stąd”, który pojawił się na nowym Rasmentalismie? Ja go sparafrazuję – Kruk zna wszystko, co wyszło stąd. Jestem pełen podziwu dla Krystiana, że chciało mu się w tym roku sprawdzać te tabuny polskich rapowych płyt, które mnie osobiście przyprawiłyby pewnie o mdłości i skutecznie odstraszyły od pisania o czymkolwiek związanym ze słowem nawijanym. Gdybym go nie znał, to pewnie zaryzykowałbym stwierdzenie, że w Suwałkach nie ma jeszcze internetu i chłopaki na osiedlach nadal przegrywają sobie materiały na kaseciakach. Mam nadzieję, że kiedyś Bóg mu wynagrodzi za dogłębne analizowanie stosów rzeczy, które gwałcą narządy słuchu.

Hemp Gru „Lojalność” jak MPE: Podobno sukces jest możliwy tylko wtedy, gdy znajdziemy już własną niszę, czyli coś, czym nie zajmuje się pierwsza lepsza osoba. Dla Hempów jest nią przypominanie na każdej kolejnej płycie o ważności ulicznych zasad, którymi powinien się kierować każdy prawilny chłopak. Za to MPE zwany niegdyś MarcinemPe upodobał sobie niedawno pisanie o swoich działdowskich rapsach (czasem zdarzy mu się napisać też o tym, że warto czytać także innych blogerów). I chociaż wielu czytelników uważa to pewnie za nudne i dziadowskie, on nadal w tym trwa i nic nie wskazuje na to, by ten stan miał ulec zmianie. Co jak co, ale tutaj trzeba spropsować lokalny patriotyzm i zajawkę.

Okoliczny Element „Schody Donikąd” jak NORTHIM: Humor jest cechą, która zachęci nawet najbardziej nieprzychylnie nastawionego odbiorcę do przeczytania tekstu, jakikolwiek by on nie był. Piotrek ma nad nami wszystkimi w tej cesze duuuuuuuuuużą przewagę, gdyż stand-up i rozbawianie ludzi ma we krwi, co widać choćby wtedy, gdy na przykład rzuca ironią czy też analizuje (nie)śmieszne internetowe zjawiska śmiechotwórcze. Do tego prowadzi także bloga o stand-upie, więc jest jednym z tych ostatnich prawdziwych śmieszków w naszym dość małym środowisku.

(BONUS by ENOIDE) Tusz Na Rękach „Uwolnić Umysł” jak MUZYKA NOWAKA: Nowak zrobił totalny napad na fejm jak Tuszu. Uwolnił swoje pokłady pomysłowości w pisaniu tekstów, recenzji, relacji i przeprowadzaniu wywiadów. Dzięki temu, choć START „Muzyki Nowaka” miał miejsce stosunkowo niedawno (tak, jak Tusza pod obecną ksywką), już dziś, wchodząc na pocztę, może okazać się, że MASZ WIADOMOŚĆ od swojego automatycznego newslettera z jakiegoś portalu, w której znajduje się link do tego bloga. Mnie przyszła taka w DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI, na przykład. Krzysiek zrobił COŚ Z NICZEGO – powoli rozwija swoje małe internetowe imperium i bądź pewien, że wkrótce jego teksty dotrą dalej, niż na KONIEC TWOICH RZĘS. Podobnie jak kawałki Tusza. Ale uważaj – gdy tylko UWOLNISZ UMYSŁ, odrzucisz stereotypy i przyjmiesz specyficzny Nowakowy punkt widzenia, on błyskawicznie wgryzie się w Twój mózg jak WAMPIR. Nie uwolnisz się.

Krzysiek jednak nie jest sam. W prowadzeniu bloga towarzyszy mu ONA – Karola. WspomAgA gO w niektórych relacjach oraz wywiadach. Jej inwencja zdecydowanie wpływa korzystnie na wartości CYFR przy liczniku odwiedzin. Pozostaje mieć nadzieję, że do POCZĄTKU KOŃCA „Muzyki Nowaka” zostało jeszcze dużo czasu i że dwuosobowa redakcja nie zastygnie w BEZRUCHU, bo ich działania wprowadzają dużo koloru w scenę. Tak jak płyta Tusza.

Noid, czyli porównanie do ideologii i poglądów:

Najlepszy metal

Alestorm „Back Through Time” jak ANARCHIZM: Kiedy w dwudziestej sekundzie pierwszego numeru potężnie masakrujący blast urywa łeb kojący dźwięk szumu oceanicznego wiadome jest, że następne 43 minuty poświęcone na odsłuch upłyną pod znakiem nieokrzesanej rzezi zakręconej wokół chlania piwa / rumu / wódki, pijanych chórów, przypadkowych kontaktów seksualnych oraz zabijania tych, którzy nam nie pasują. Totalne bezprawie. Anarchia. Nic dziwnego – Alestorm gra piracki metal. Tak, piracki. Jest w tym energia i wypierd kojarząca się trochę z power metalem, ale uzyskana nie za pomocą klawiszy, lecz sekcji dętej, wiolonczeli oraz akordeonu. Świat wykreowany w tekstach ogranicza się w zasadzie do napadania na obce statki, wyrzynania ich załóg oraz bezkresnego pirackiego melanżu. Wersy w stylu „One more drink before we have to die / Raise up your tankards of ale to the sky” są na porządku dziennym, a jedyny track zrealizowany bardziej na poważnie opowiada o polowaniu na wielką kałamarnicę (swoją drogą, jest to numer piękny, długi i monumentalny, który z należytym pierdolnięciem zamyka album). Wobec powyższych zalet „Back Through Time” jawi się jako wymarzony soundtrack do dzikiego zachlejmorstwa oraz doskonały poprawiacz humoru.

Djerv „Djerv” jak EPIKUREIZM: Uczniowie Epikura kierowali się bardzo prostą zasadą – live the life to the fullest. Czyli: chwytaj dzień, baw się, pij, pal, dupcz, w przypadku zmęczenia odpocznij, po czym hola od nowa. Debiutancki self-titled skandynawskiego Djervu dobrze przypomina te założenia. Wszystko tutaj jest wykręcone. Wszystko jest „naj”. Brzmienie najpotężniejsze, riffy najcięższe, energia najbrutalniejsza… ale jednocześnie całość odznacza się nieziemską przebojowością. Ciężki rock inspirowany black metalem nie wydaje się dobrym nośnikiem czegoś takiego jak przebojowość – a jednak! Wszystko dzięki absolutnie fenomenalnej Agnete Klsrud, która w tak nieprzyjaznym środowisku odnajduje się perfekcyjnie – potrafi wrzeszczeć, chrypieć i krzyczeć, ale także wydać z siebie oszałamiająco piękną, czysto zaśpiewaną melodię. Naprawdę ciężko opisać jej szalone jazdy na tle potężnego rock / metalowego walca. To trzeba usłyszeć. Nawet jeśli kogoś irytuje damski głos, trudno nie docenić wyjątkowej maestrii wokalnej pani Agnete. Zwłaszcza podanej w tak epikurejskim muzycznym sosie.

Najlepszy rock

Black Country Communion „2” jak KONSERWATYZM: Tęsknisz za starym rockiem spod znaku Deep Purple i Rainbow? No, to witaj w domu. Oto mamy już drugi album nowej supergrupy (Glenn Hughes, Derek Sherinian, Jason Bonham, Joe Bonamassa), na którym pojawienie się daty „2011” jest co najmniej trochę zaskakujące. Prawie wszystko nawiązuje tutaj do starej szkoły gitarowego grania – sposób śpiewania Glenna, charakterystyczny feeling numerów, ładne riffy, dobre solówki, duża rola klawiszy (dla nich także są miejsca na solo), siedmiominutowe aranżacje oraz kilka ballad. Są także obowiązkowe koncertowe wymiatacze. Czego brakuje? Brzmienia. Z jednej strony dobrze, że album brzmi, jak na nowe millenium przystało, ale z drugiej – Kevin Shirley odpowiedzialny za mix i mastering absolutnie olał perkusję. Szkoda, że przez to czasem nie można w pełni docenić zwariowanych popisów Bonhama, bo ich po prostu nie słychać. Ale w gruncie rzeczy nie jest to jakaś wybitnie irytująca wada – wciąż przecież mamy do czynienia z kawałkiem porządnego, konserwatywnego, dobrze zagranego rocka!

Luxtorpeda „Luxtorpeda” jak PACYFIZM: Nie wiem, czy pan Gandhi polubiłby punk rocka, gdyby udało mu się żyć w stosownych czasach. Bankowo jednak powinien zainaugurować swoją znajomość z tym gatunkiem właśnie za pomocą Luxtorpedy i ich – na razie – jedynej płyty. Ten album kipi niesamowitym wypierdem, który zachwyca mnie od pierwszej nuty do ostatniej, chociaż punk rocka szczerze nienawidzę. Luksi są chlubnym wyjątkiem, bo choć mają charakterystyczny brud w brzmieniu, nie opuszczają się w technicznej prostocie do żałośnie niskiego poziomu reszty gimnazjalnorockowych zespolików. Zresztą takim gościom jak oni po prostu NIE wypada NIE szastać umiejętnościami muzycznymi. I doskonale o tym wiedzą – pamiętając często o wwiercających się w łepetynę melodiach oraz świetnym zgraniu dwójki wokalistów (jednym z nich jest Hans z 52 Dębiec). A jak jeszcze dodać do tego kilogramy pozytywnej, jednoczącej energii (cel życia: zobaczyć ich koncert) będziemy mieli dobry obraz tej świetnej płyty – mocnej i czasem ciężkiej, ale zawsze pacyfistycznie pokojowej.

Najlepszy pop

Neo Retros „Listen To Your Leader” jak LIBERALIZM: „Listen To Your Leader” to taki album – niespodzianka. Bez międzygalaktycznego hajpu i reklam w każdym piśmie zrobili jedną z płyt roku, którą poznałem przez zupełny przypadek, przeglądając od niechcenia gazetę, w której była stosowna recenzja. Do dzisiaj ledwo się przeczołgali się na LastFM za próg 50 000 odsłuchań. Miesza się tu wiele gatunków, stylów, nastrojów, instrumentów i środków: choć większość ścieżek to spokojny, akustyczny, liberalnie uwalniający od trosk i negatywnej przyziemności pop, znalazło się miejsce także na randkę trąbki z puzonem („Billy and his gun”), plemienny, kolosalnie bujający rytm („The chocolate sea”), muzyczny zapis alkoholowych doświadczeń wyniesionych ze studia (okraszony uroczo pijanym chórem „Choices chosen” – nieco przypomina podobne chóry na płycie Alestorm) czy nieśmiałe domieszki jazzu z psychoklimatem („Domino effect”). Nad wszystkim jednak stoją melodie – czasem w tle, czasem pojawiające się na moment, ale prawie zawsze urokliwe. Brzmią świetnie w połączeniu z tym odrealnionym, nostalgicznym, melancholijnym klimatem. „Listen To Your Leader” jest dla Ciebie, jeśli lubisz właśnie takie spokojne, melodyjne rzeczy. Lecz pamiętaj, że ostatnie zdanie płyty, brzmiące „Sometime you will find how to open up your little mind” jest jej puentą nie przez przypadek.

Fleet Foxes „Helplessness Blues” jak AGRARYZM: Kiedy G. Ruhland w II połowie XIX wieku wykombinował główne założenia agraryzmu, bankowo nie przypuszczał, że półtora stulecia później zespół Fleet Foxes, mający na koncie dwie epki, jeden album oraz parę hiciorów nagra „Helplessness Blues”, tak świetnie – choć pewnie nieświadomie – odnoszący się do jego ideologii. Nawet nie chodzi o to, że FF grają spokojny, melodyjny folk, kojarzący się z klimatem jesieni na wsi. Przede wszystkim: bije od nich pasja i chęć wspólnego grania. Team ten zrzesza siedmiu muzyków, zaś na płycie, poza nawałnicą REWELACYJNIE brzmiących gitar (akustycznych, rzecz jasna), perkusją i bassem, słyszymy pianino, mandolinę, Mooga, melotron, harfę, skrzypce, kontrabas… a także całą gamę mniej lub bardziej znanych instrumentów. Suma tego wszystkiego daje przebojową (na swój sposób; aby przekonać się do tej płyty, potrzeba czasu), wybornie brzmiącą ucztę muzyczną, nad którą góruje piękny i bezbłędny wokal Robina Pecknolda. Tematy wokalne, jakie tworzy ten gość, to absolutne arcydzieła. Czasem chwytliwością bezlitośnie wykręcające mózg na lewą stronę, innym razem – magicznie hipnotyzujące. Trochę trudna to muzyka, lecz wielce satysfakcjonująca.

Asian Dub Foundation „A History Of Now” jak KOSMOPOLITYZM: Na czym dokładnie polega fenomen ADF, jednego z moich ulubionych zespołów, który – wydając nowy materiał w 2011 – musiał znaleźć się w tym podsumowaniu? Na kosmopolityzmie, który już od ośmiu płyt nie pozwala im na dobre zamknąć się w określonej stylistyce. Ani nawet w określonym kraju. Założenie owego kolektywu odbyło się w Wielkiej Brytanii na warsztatach dla hinduskiej młodzieży, co częściowo wyjaśnia ich multikulturowość – jak się ma w składzie uchodźców z Indii, to jednak dosyć wyraźnie determinują oni charakter muzyki, nie? Słuchając „A History Of Now” można odnieść satysfakcjonujące (ach, jakże lubię to słowo!) wrażenie, że mimo zmieniających się trendów dla Chandrasonica i Sanjay’a (główni producenci grupy) dub wciąż stanowi fundament. Ponownie mieszają się z nim takie rzeczy, jak mordercze tempa („Urgency frequency”), potęgę gitary elektrycznej (utwór tytułowy), conga, chwytliwość (końcówkę „Spirit in the machine” miodem dla uszu nazywaj), instrumenty etniczne („London to Shanghai”) oraz eksperymenty tak z formą, jak z gośćmi w warstwach muzycznych i wokalnych („This land is not for sale”). W porównaniu do poprzednich wydawnictw grupy zmieniło się trochę brzmienie – nie jest już tak wymiatające ani precyzyjne jak to na „Punkara” z 2008. Tym razem producenci pozwolili sobie na więcej brudu. Czy to dobrze – ciężko mi ocenić. Hitowość niestety leży (zdecydowanie za mało bomb w porównaniu do genialnej pod tym względem płyty sprzed trzech lat), ale nie na tyle, abym mógł rzucić ten album w kąt. Do dziś lubię odświeżyć znajomość z nim.

Najlepszy rap

B.O.K „W Stronę Zmiany” jak KOMUNIZM: B.O.K zrobili coś bardzo ryzykownego. Wzorem komunistów ubzdurali sobie przeprowadzenie wielkiej rewolucji. Postanowili rozpocząć na nowo Hip-Hop. Zaraz, zaraz… jak to „ubzdurali”? Jeśli nie oni mieliby się zabrać za coś takiego, to kto by mógł? Bisz nie ma sobie równych pod względem ubierania tematów (często metafizycznych) w dobrą technikę i nieziemsko pomysłowe, przemyślane metafory, które łapie się dopiero za piątym odsłuchem. W jaki sposób wpływa to na przyjemność odkrywania płyty krok po kroku – nie muszę mówić. Oer z kolei w wyśmienity sposób i z rozbrajającą łatwością żongluje dźwiękami. Wielu jest na scenie wszechstronnych producentów, ale nie wszyscy mają takie pokłady pomysłowości, profesjonalnego podejścia, otwartości oraz – przede wszystkim! – brzmienia jak Oer. Kay dodaje tej płycie kolorów – bez niego byłaby dużo uboższa, bo jego potężnie brawurowe wokalizy, refreny i chórki w sposób idealny podkreślają bity i wprowadzają genialny feeling. DJ Paulo zaś miewa lepsze i gorsze momenty, ale nie można odnieść wrażenia, że jest dokooptowany „na doczepkę”. To, co zrobił w „To jest przyszłość” albo „Poderżniemy gardło śmierci”, wykopuje z butów. To wszystko czyni z „W Stronę Zmiany” materiał kompletny – dwa miesiące słuchania go niemal bez przerwy utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie zmieniłbym w nim ani jednej sekundy.

Karola, czyli porównanie do banknotów:

Wchodząc we współpracę z Krzyśkiem (z tego miejsca Big Up dla Ciebie, brachu!) nie wiedziałam, że tak bardzo poszerzymy sobie muzyczne horyzonty. Wiele się od niego nauczyłam, ba, uczę dalej! Przedstawił mi skrawek muzycznego światka od podszewki. Wiedział, jak uwydatnić zarówno dobre, jak i złe cechy bycia „kimś”. Pokazywał swoje teksty, nieustannie zachęcając do spełniania marzeń. Jednym z nich była współpraca w projekcie „Muzyka Nowaka” i tekst na blogu. Dreams come true!

Podsumowania to jedne z gorszych rzeczy przytrafiających się bloggerowi. Płyt wychodzi dużo, a poziom zwykle jest wyrównany (choć, rzecz jasna, niektórzy stoją w miejscu…). W tym roku wiele płyt przypadło mi do gustu – jedną z nich było wydawnictwo Te-TrisaLot 2011. Krążek, który poznałam chyba na (nomen omen) wylot. Mogę porównać go do banknotu 200zł – rzadko widzi się tak dobrze zrobiony materiał. Wszystkie kawałki są świetnie wykonane pod względem produkcji, teksty Adama są jedynie wisienką na torcie. Słuchamy między innymi o jego życiowych przeżyciach – chociażby kawałek „W imię Nas” niesamowicie ukazuje miłość do rodziny. Track „Ile Mogę?” jest chyba moim number one. Ilekroć włączam „play”, włosy stają mi dęba i dostaję gęsiej skórki. Rzeźnik zaśpiewał niesamowity refren, idealnie komponujący się z flow Teta. Reszta kawałków tylko podsyca moją ciekawość… co może być za rok? Za dwa? Szczerze powiedziawszy, myślałam, że nowy projekt będzie kolejną kopią „Dwuznacznie”, ale zostałam pozytywnie zaskoczona. Nowa wytwórnia służy Adamowi i myślę, że spod skrzydeł Aptaun może wyjść jeszcze wiele fajnych produkcji.

Zresztą – Aptaun w 2011 to nie tylko „Lot…”. Trzeba pamiętać o W.E.N.I.E.Dalekie Zbliżenia urządziły sobie trwałą hegemonię na mojej playliście. Bardzo długo czekałam na tą płytę i nie rozczarowałam się, dlatego WdoE otrzymuje ode mnie banknot stuzłotowy (na równi z Mesem, ale o nim później). DZ to krążek wydany… specyficznie (tak samo wyglądał album „Metalchem” Papriki Korps – dop. eNOIDe), lecz bardzo fajny – zwłaszcza pod względem bitów. Zawiera nawet parę numerów, które włączam tylko dla oprawy muzycznej. Główną rzeczą, która uwarunkowała moją bezgraniczną miłość do tej płyty, jest kawałek „Jestem sam” w kolaboracji z Rasmentalismem i Proximite. Życiowy, prosty z fajnymi, nie przekombinowanymi wersami. Ba, sam instrumental dobrze wchodzi (wiem, bo próbowałam :))! Mimo że ten projekt miał premierę w kwietniu, to wciąż nie ma dnia, abym nie nuciła sobie bitu Menta pod nosem.

Cała płyta ma coś w sobie i mówię to bez psychofaństwa – po prostu idealnie trafiła w mój gust. Słuchałam jej zapartym tchem, chociaż… nie udało się jej przebić Teta. Ale nie twierdzę, że jeden czy drugi raper jest gorszy – W.E.N.Ę. z „Dużych Rzeczy” odebrałam jako gościa operującego fajną nawijkę i takowym klimatem, zaś na „Dalekich Zbliżeniach” już „tylko” utwierdził mnie w tym przekonaniu. Może dlatego „Lot…” jest troszeczkę wyżej, bo nie przekonało mnie „Dwuznacznie”…?

Przejdźmy do pana, który podbił moje muzyczne serce tak samo, jak WdoE, dlatego zajął 2 miejsce ex aequo. Mowa oczywiście o Piotrku Szmidtcie zwanym Mesem. Jego płyta to najprawdziwszy muzyczny hardcore! Kandydaci na szaleńców bezproblemowo rozbili bank oryginalnością i nietuzinkowością. Wielu nie zajarało się „Nowym Mesem” tak, jak ja. Słyszałam różne opinie – chociażby: „eee, co to ma być? Jakieś disco? – Chuj, nie słucham”. Cóż. Tuż przed premierą pojechałam na koncert. Zafrapowałam się wielce, słuchając na żywo kawałków, które teraz tak często katuję w domu. Mes zrobił naprawdę dziwną muzycznie płytę. To coś zupełnie nowego. Coś innego! Jest facetem, który potrafi zmieniać flow co minutę. Potrafi wjechać w każdy bit i ma duży talent – odnajduje się zarówno w eksperymentalnych rzeczach, jak w wyluzowanych, bujających oraz chillowych.

Na 50zł zasłużył duet Solar/Białas. Ostatnio są wszędzie, może to za sprawą inicjatywy Popkillera „Młode wilki”? Nie przeszkadza mi to. Nagrali całkiem dobrą płytę – niektóre kawałki potrafią zatrzymać na dłużej. Mowa oczywiście tu o płycie „Z ostatniej ławki”. Numery, które sprawiły, że ten cedek zagrzał miejsce na playliście to, przede wszystkim „Urwany film” i „Nie chcę być nikim”. W tym drugim ostatnioławkowcy pokombinowali z autotune’m. Nie przeszkadza mi on, uważam wręcz, że dobrze to brzmi. Za bity odpowiada głównie syntetykolubny MMX, lecz pojawił się też Kazzam (PRZYPOMINAM O NASZYM WYWIADZIE, SPRAWDŹCIE GO MIGIEM!). Trzymają one wysoki poziom. Co do raperów – bardziej trafia do mnie styl Solara, Białasa zaś traktuję jako „dopełnienie” poszczególnych ścieżek. Chociaż w zasadzie lubię ich obu – dlatego też wylądowali w tym rankingu. Trochę się już pogubiłam w ich tysiącu wydawnictw…

Rok 2011 pod względem muzyki był bardzo dobry. Z nieoficjalnych źródeł jednak wiem, że dopiero 2012 będzie przeokrutnym kotem pod względem kolaboracji, reedycji i innych takich bzdetów. Zestawienie, które spróbowałam skleić w jedną całość, to tylko i wyłącznie moja koncepcja. Chciałabym w 2012 móc usiąść i powiedzieć, że wszystko, co wyszło, było zajebiste. Pomimo podobno nieuchronnego końca świata. Ej poważnie, Wy też wierzycie w te kocopoły?

(Korekta: eNoiDe)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły, Okołomuzycznie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Tres Delinquentes, czyli nietypowo na koniec roku

  1. rymas pisze:

    Dobre podsumowanie, w sumie jesli chodzi o polski rap to w sumie, nie za duzo sprawdzilem rzeczy ale na pewno byl to rok Jimsa, Wudoe, Rasa i Teta czyli czolowki niegdys podziemia 😉 Mes tez jak zwykle genialnie. Co do innych gatunkow to na pewno Luxtorpeda (na zywo, mistrzostwo! ), ja jeszcze do dubstepu sie przekonalem takze na pewno Skrillex. A z zagranicznego rapu to Pharoahe Monch i Evidence rozkurwili jak to maja w zwyczaju 😉

  2. To całe podsumowanie jest debilne jak Litoslav i jego teksty debilne. Cieszę się, że byłem inspiracją (nawet jeśli nią nie byłem). 😉

    Dzięki za miłe słowa, choć zostałem przyrównany do płyty, której szczerze nie lubię.

  3. kruk pisze:

    Lite: to prawie tak jak ja ;D

  4. MPE pisze:

    Łoł, jestem jak HG! Pozdro ELO , Braci się nie traci!

    PS. A Lite, tak, zajebisty malkontent, którego już nie mogę czytać. 🙂

  5. Pingback: Podsumowanie polskiego rapu w 2011 – miejsca 40-31 | Blog Mateusza Osiaka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s